Chcę Wam przypomnieć długi, czerwcowy weekend jaki wypadał na początku tego miesiąca. Tak się złożyło, że nigdzie nie wyjechaliśmy i spędziliśmy go w domu. Śmiałam się nawet, że jestem duchem, a dom mnie uwięził (jak w American Horror Story) bo nie miałam najmniejszej ochoty ruszyć się z niego gdziekolwiek...
Mój mąż uwielbia kombinowanie - gdzie zajrzeć, co naprawić, przerobić, usprawnić. I wymyślił sobie, że nadchodzący mecz finałowy Ligi Mistrzów wymaga spektakularnej oprawy. Stwierdził, że obejrzymy go z rzutnika, a on wyznaczy nową jakość oglądania wydarzeń sportowych. Zaangażował w to sąsiada, obaj się napalili, szukali, dzwonili, załatwili 3 ekrany, z których żaden się nie nadawał. Był rzutnik, ale kombinowali z dekoderem, jak przełożyć obraz z TV. Przygotowania trwały do ostatnich godzin, bo nie mogli wszystkiego skompletować. Do końca nie było pewności, czy się powiedzie...
Tymczasem wieść, że M. zaprasza na mecz rozeszła się po okolicy lotem błyskawicy. Odbierał telefon: "Czy to prawda, że... to ja przyjdę z...". Do tego stopnia, że musiał limitować ilość miejsc, by nie zrobiła się z tego impreza masowa. Przyszło dużo sąsiadów, trochę znajomych, dzieciaki. Zrobiłam dobre drinki. Wyszło trochę jak w Ameryce - każdy przyniósł co ma dobrego.
Udało się! Ściemniło się o czasie. Zamiast na ekranie (żaden wielkością nie zadowalał mojego M.) mecz leciał na rolecie witryny, naszego największego okna. Pasków rolety prawie nie było widać. Były dwa królewskie trony dla organizatorów, reszta przycupnęła gdziekolwiek. I chyba tylko ci dwaj oglądali mecz, reszta w najlepsze biesiadowała. Poszłam spać po 2, i to jako jedna z pierwszych, więc nie wiem, o której impreza się skończyła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz