poniedziałek, 8 grudnia 2014

Matrix.

Ten post miał mieć wiele nazw - Przeprowadzka, Mój Pierwszy Raz, Pierwsze Wrażenia, i tak dalej... ale powstaje dopiero dzisiaj, a więc totalnie za późno. Wszystkie powyższe tytuły wydają się już nieaktualne! Przez ostatni tydzień wydarzyło się tyle, że Matrix chyba najtrafniej oddaje bieżący stan rzeczy. Przepraszam za przedłużającą się nieobecność, która spowodowana była niczym innym jak brakiem dostępu do internetu.

Przed chwilą wyszedł Pan, podłączając internet i wiążąc nas ze światem. To straszne, jak człowiek jest uzależniony, a jednocześnie, przy jego braku, spokojnie daliśmy radę egzystować ponad tydzień.

29.11.2014 roku.

Od tego dnia jesteśmy w Nowym Domu. Tydzień i 2 dni. Z przeprowadzką chciałam poczekać do następnego weekendu, mikołajkowego, ale mąż się zawziął i zarządził ją zgodnie z planem. Tamte dni  były kompletnie zwariowane. Ogarnialiśmy ostatnie rzeczy, by doprowadzić budynek do jakiej takiej użyteczności i możliwości egzystencji rodzinnej. Mąż zapewniał, że to wspaniała przygoda mimo braku kuchni (planowana na wtorek) i materacy do spania dla dzieci (na szczęście dojechały w ostatnim momencie). Był to weekend andrzejkowy, więc zostaliśmy pozostawieni sami sobie bo wszyscy wybyli na imprezy. Tylko mój brat stanął na wysokości zadania i wybrał nas :) Nie wiadomo jak, ale zrealizowaliśmy plan w 100% i tej nocy wszyscy spaliśmy w pokoju dzieci - E. zachwyciła się piętrowym łóżkiem i faktem, że ma swój zupełnie prywatny kącik, do którego wścibski brat nie ma wstępu. Brat był nieswój - niby jego zabawki, ale dom jakby nie ten. My spaliśmy na podłodze na dmuchanym materacu. Wszystkie rzeczy zaległy w kartonach zajmując najmniejszą część wolnej przestrzeni. Z Młodego oka nie można było spuścić - wszędzie zalegały niezgłębione rzeczy z przeprowadzki, groźne i groźniejsze, ze ścian kusiły nieosłonięte kontakty. I schody, po których chciał chodzić swobodnie, a my mieliśmy oczy dookoła głowy. Noc minęła nadspodziewanie dobrze. Niedziela strasznie nas zmęczyła, na obiad uciekliśmy z domu. W poniedziałek dzieciaki wyjechały do placówek żłobkowo - przedszkolnych, a my ogarnialiśmy bajzel ale bez efektu. Trzeba było skakać jak chomik przez kartony a pierwotny optymizm zaczął się ulatniać. Miałam dziwne uczucie obcości, jakbym była zawieszona pomiędzy mieszkaniem, którego w zapamiętanym kształcie już nie ma a domem tonącym w bałaganie, którego końca nie było widać.

Dalsze losy opiszę w kolejnym poście, na który nie trzeba długo czekać. Niby tydzień, ale emocji i przeżyć tyle, że muszę je podzielić.

Kolejny kurs przyczepki:


Na miejscu dzieci przeżywały przygodę:


I dawały upust wolności. Rodzice ledwo nadążali:


Gdzie ja jestem i czemu są tu moje zabawki?


Gdzieś TU musimy wcisnąć materac dla rodziców:


Po pierwszej dostawie montujemy kanapę (chłopaki montują):


Tu ma być kuchnia, na razie jest sajgon:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz