Nie będzie jednak o minusach mieszkania w nowym domu. Cholernie trudno jest mi się zabrać za tego posta kolejny dzień. Nie wiem, dlaczego. Po przemyśleniu doszłam do wniosku, że nie ma większych wad, o których chcę marudzić. Są... hm... niedokończone sprawy? sprawy, które powyłaziły ze studni niczym Samara, a które nie przeszły nam przez myśl. I przerodziły się w pewne obawy...
Reasumując pierwszy okres, zaplanowaliśmy do perfekcji jak spędzimy czas bez kuchni (m.in. pożywienie dzieci w placówkach), kiedy się rozpakujemy, i, przede wszystkim które prace wykończeniowe wykonamy w pierwszej kolejności.
Cudowny plan wziął w łeb już drugi dzień po wprowadzeniu. Wydawało nam się, że najważniejsze będzie pomalowanie schodów na piętro. Akurat! To spadło na dno dna zadań do zrobienia. Mamy teraz ulubione powiedzenie: W pierwszej kolejności, bo wszystkie rzeczy wydają się równie ważne.
Przede wszystkim - ja i Młody rozłożyliśmy się (taki klimat), więc żłobek wypadł z planu. Musieliśmy zostać w tym burdelu, slalomem omijając największe kartony. Musieliśmy dać radę wypakować wszystko i wysprzątać dom. Musieliśmy też zdać się na catering, a za całą kuchnię musiała wystarczyć mikrofala na podłodze i czajnik na kartonie. Było trudno. Równocześnie na gwałt pożyczaliśmy barierkę anty-dzieciową na schody, bo Młodego nie można było upilnować. Nie pomyśleliśmy o tym wcześniej! Spanie na materacu dmuchanym, które zaplanowaliśmy - wytrzymaliśmy trzy noce, dłużej się nie dało. Wszystko nas bolało. Nie mamy jako małżeństwo swojego kąta - ja śpię na dole łóżka dzieci (by je słyszeć), mąż na kanapie w salonie. Grrr... do dziś nie mogłam znaleźć niani elektronicznej. Udało się przed chwilą, więc jest szansa, że wreszcie zaśniemy razem.
Jednak największym problemem okazało się zimno i przeciągi. Brak jakichkolwiek drzwi (bo przecież otwieramy przestrzeń) spowodowało, że o ile temperatura na parterze była ok, o tyle na górze wskazywała 16-17 stopni, a tam znajduje się sypialnia dzieci. Nie da się podgrzać góry bez hajcowania dołu. Wnioski - w pierwszej kolejności: mąż wstawił tymczasowe drzwi do łazienki, do pokoju dzieci (z uszczelnieniem styropianem), uszczelnił watą nieobudowany zsyp (bo ciągnęło). Ciepło ucieka nadal, głównie przez piwnicę i na strych. Najmądrzejszym moim posunięciem po wprowadzeniu się było wyrwanie z framugą porządnie osadzonych drzwi izolujących strych od reszty domu. Po cholerę to zrobiłam?! Wstyd. Teraz do piwnicy i na strych mamy zawieszone kotary i koce. Jest trochę lepiej, ale myślimy nad lepszym rozwiązaniem. Brak parapetów też sprawia, że od okien ciągnie. Moją największą obawą są rachunki za gaz. Licznik tak się kręci, że aż strach patrzeć. Cudownie, że na razie pogoda sprzyja i prawdziwe mrozy nie dają w kość bo poszlibyśmy z torbami. Niestety, wprowadziliśmy się w takim momencie, że nie zdążyliśmy przez lato i wiosnę odłożyć na gaz zimą. A pierwsze zimy w nowych miejscach zawsze są wielką niewiadomą i zwykle dają po kieszeni. Tak samo, jak rachunek za prąd, który kiedyś przyjdzie.
Konieczne są szafki do gabinetu, bo ciuchy walają się po betonie. I jakaś wykładzina na ten beton. I wieszak do łazienki, bo ręczniki zalegają na kaflach rzucone w kupę. I niezbędny jest jednak wiatrołap, bo zimno. I drzwi do gabinetu. I milion innych rzeczy...
Trwa ogarnianie wnętrza. Wkrótce efekty!
Acha - najmłodsza latorośl znowu chora.
Slalom przez przeszkody w korytarzu nie ominęła nawet najmniejszych domowników:
Wspomniania niezbędna barierka anty - dzieciowa:
Na szybko wyciągnięte drzwi z garażu i obrabiane, by wstawić do łazienki:
Przedwojenna szafa na nasze ubrania robi wrażenie, jakby co najmniej mieściła przejście do Narnii:
Ale to ściema, bo główna szafa wygląda TAK:
A tak wygląda WC na parterze:
Upchana do granic możliwości witryna zabrana ze starego mieszkania. Reszta zalega po lewej:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz