Od grudnia żyję pełnią życia. W bloku wegetowałam - tu mamy już za sobą dwa grille rozpoczynające sezon, wiele godzin spędzonych w ogrodzie na słońcu. I, co najważniejsze, wiele cudownych chwil z rodziną i znajomymi - o ileż więcej niż przez 4 lata w poprzednim mieszkaniu!
Nadal cieszy nas przede wszystkim powierzchnia wnętrz, największy atut. Pamiętamy, ile wysiłku trzeba było włożyć, by dom wyglądał wizualnie tak jak teraz. Niestety, wizytujący nas ludzie, w większości, nie wiedzą jak tu było na początku. I, choć dominuje zachwyt, między słowami przebija myśl, że dom jest niedoinwestowany. A jakże!
- brak parapetów
- brak listew przypodłogowych
- brak oświetlenia
- brak drzwi i ościeżnic
- brak szafy walk-in, która powinna dawno stać
- TV wciąż stoi na krzesłach zamiast wisieć (prowizorki są najtrwalsze)
- nie załatana dziura na schodach
- nie mówiąc o adaptacji poddasza z nowymi schodami
- pomijając sypiący się dach
- i elewację (znajoma spytała: "Czy to na pewno TEN dom?!)
To tak na szybko z głowy. M. szacuje, że w ruderowie jest jeszcze, spokojnie licząc, jakieś 100 tys. zł do utopienia. Musielibyśmy chyba wygrać w totka, a przecież nie gramy. Na pocieszenie - po miesiącu wreszcie kończymy zakupy elementów do WC. Dziś wybraliśmy i zamówiliśmy płytki. Takie mikro - pomieszczenie, a tyle dumania. Ciężko było nam się dogadać, ale wizja, jak będzie to wyglądało jest obiecująca. Miejmy nadzieję, że w maju będzie zrobione. W ogrodzie robimy porządki własnymi siłami. We znaki daje się brak płotu, jamnik sąsiadów do nas przychodzi się załatwiać.
Przypominam, było tak:
Przypominam, było tak:
Obiecane schody po liftingu, nie do poznania. Ludzie pytają, czy nie są nowe :) Tak, mają nowe życie.
oraz już dawno zamontowane fronty w szafkach łazienkowych:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz