czwartek, 26 czerwca 2014

Kiedy czas na zakup nieruchomości?

Decyzja decyzją, ale dla mnie sprawa wydawała się nierealna. Nie wyobrażałam sobie, że tak po prostu znajdziemy coś, kupimy, zapłacimy pieniądze, jakich nigdy w życiu nie mieliśmy i będziemy żyć długo i szczęśliwie. To chyba tak nie działa. Poza tym ja już byłam szczęśliwa. To był naprawdę sielski czas. Mieliśmy tylko córkę, która wreszcie stawała się samoobsługowa, podróż życia za sobą tylko we dwoje i... było dobrze. Teraz wiem, że podświadomie nie chciałam podejmować żadnych działań, by zmienić ówczesny stan rzeczy. Poza tym rozmowy na ten temat były takie...hm... niezobowiązujące. Mogły trwać i trwać.

Co innego mąż. Napalił się strasznie, zaczął liczyć, snuć plany, przeszukiwać portale internetowe. Ciągle powtarzał, że musimy coś kupić. Do tego stał się wybitnym marudą i nagle wszystko w domu zaczęło mu przeszkadzać: przetarte drzwi, brak blatów roboczych w kuchni, bla, bla, bla.... A że, delikatnie mówiąc, cierpliwość nie jest jego mocną stroną, stawało się to męczące.

Co to znaczy musimy kupić? Skąd wiadomo kiedy? Otóż, mili Państwo, nie wiadomo. Są jedynie momenty mniej lub bardziej sprzyjające. Z kupnem nieruchomości jest jak z dzieckiem - może i by się chciało, w planach jest, ale nigdy nie ma ku temu stosownego momentu. Zawsze jest milion spraw, które trzeba zrobić najpierw.W obu przypadkach wiodący jest aspekt finansowy. Obie sytuacje to studnie bez dna. I obie decyzje determinują nasze życia na lata. Mąż podszedł do zadania odpowiedzialnie. Wiemy, że chcemy jeszcze jedno dziecko, wiemy, że obecne mieszkanie nie jest naszym miejscem docelowym itd., itd. "Z dwójką dzieci to już będziemy musieli się wynieść" - powtarzał.  Poza tym był to czas, gdy wiodło się nam całkiem przyzwoicie finansowo, udawało się nawet odkładać niewielkie sumy. I wreszcie oboje byliśmy na etacie na czas nieokreślony co, nie oszukujmy się, otwierało drogę do kredytu.

Zaczęliśmy oglądać pierwsze nieruchomości w celach zwiadowczych. Traktowałam to jako miły przerywnik dnia codziennego. Zaczęliśmy od rynku wtórnego. Pamiętam, że nic mi się nie podobało i byłam przerażona stanem prezentowanych obiektów. Nie miało to jednak znaczenia, bo traktowałam wszystko  jak zabawę i wracałam do wymuskanego mieszkanka. Nie przypuszczałam jeszcze, że obejrzymy ich grubo koło pięćdziesiątki, a pod koniec będę ewidentnie w stanie poważnej psychozy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz