Zaczynałam pisać ten post 4 razy. Bezskutecznie. Minął pierwszy tydzień powrotu do pracy., oddania Młodego w szpony placówki - żłobka. Koszmar, ciężko wskoczyć w nowy rytm, nie mówiąc o pisaniu bloga. Teraz to dopiero jestem w wiecznym niedoczasie. Nie ma kiedy nawet odwiedzać budowy. Dobrze, że mamy jaki taki plan a fachowcy są prawie poumawiani.
Po otynkowaniu, a przed wylaniem posadzek należało zrobić wszelkie drobne prace wymagające rycia. Odpuściliśmy sobie tylko robienie dziury na komin z przyszłego kominka. Poza tym mąż rozrył resztki posadzki w salonie, by doprowadzić rurę z zimnym powietrzem do kominka, którego nie ma. I na razie nie będzie. Ale, wiadomo, praktykujemy rozwiązania docelowe. Wykorzystaliśmy również stary, powiedzmy, kanał wentylacyjny wyryty z piwnicy na zewnątrz. Najpierw oczyściłam go z rajstop (?!), skarpet, szczotek i resztek badziewia (po osławionych poprzednich właścicielach), a potem puściliśmy w nim rury do wentylacji przyszłego pieca w kotłowni i pomieszczenia pralni. Rozryliśmy ten kanał od góry w salonie, by pociągnąć wspomnianą rurę od kominka. Potem wszystko zasypaliśmy. Zainwestowaliśmy też 300 zł w instalację odkurzacza centralnego, by na każdym piętrze do odkurzenia wystarczyła sama rura. Przynajmniej jest opcja kupna takiego cuda w przyszłości (ceny od 3000 tys. wzwyż).
Równoległą kwestią było zapewnienie izolacji w istniejącym stropie pod przyszłe wylewki. Po analizach internetu i zasięgnięciu języka zdecydowaliśmy się na wysypanie keramzytu i usztywnienia go szlaką. Parę worków grubego keramzytu mieliśmy od teściowej, po jej remoncie. Musieliśmy jednak zamówić drobniejszy, w tzw. "big bagach". Dostawca wywala mega worki pod garażem a my transportujemy keramzyt do domu wiaderkami lub taczką (dziurawą). To było wtedy, gdy pisałam na blogu o trudnieniu się ciężką pracą fizyczną. Przy dzieciakach i życiu codziennym naprawdę nie mieliśmy czasu, by wysypać granulki w całym domu. W jeden ciepły weekenduskrzyknęliśmy rodzinę. Przybyli tłumnie, na miarę słynnych dni, gdy wszyscy robiliśmy porządki i zrywaliśmy boazerię. Jednak słoneczna pogoda pokrzyżowała nasze plany - obietnice ciężkiej pracy zamieniły się w sobotni chill z piwkiem na kocyku w ogrodzie. Polegiwanie, jedzenie, leżenie na leżaczku lub jedzenie. Rozumiecie te klimaty... niewiele wówczas zrobiliśmy. Izolowanie podłóg rozciągnęło się w czasie, jeździliśmy w każdej wolnej chwili - M poziomował keramzyt a ja mieszałam :))) zaprawę. Padaliśmy na twarz i pod koniec załapaliśmy doła. Postanowiliśmy zlecić komuś dokończenie zadania. Zostało nam ok. 45 m2. Gdy już znaleźli się chętni, to krzyknęli 1800 zł (!!!). To wystarczyło, by zmotywować nas do zakończenia prac. W międzyczasie wizytował nas przyszły wykonawca wylewek (polecony przez tynkarza). Wnioski: podłogi krzywe, na górze nie da się położyć deski, kto to budował? Ale uspokoił, że jakoś damy radę. Więc resztkami sił skończyliśmy układać ten nieszczęsny keramzyt. Pozostało czekanie na speca od wod-kan, by ułożył ogrzewanie podłogowe.
P.S. Wiedziałam, że gdy w końcu się wyśpię (co nie nastąpiło dziś, ale wypiłam parę Red Bulli) i napiję się piwka wieczorem, to uda mi się w końcu napisać tego posta.

Po otynkowaniu, a przed wylaniem posadzek należało zrobić wszelkie drobne prace wymagające rycia. Odpuściliśmy sobie tylko robienie dziury na komin z przyszłego kominka. Poza tym mąż rozrył resztki posadzki w salonie, by doprowadzić rurę z zimnym powietrzem do kominka, którego nie ma. I na razie nie będzie. Ale, wiadomo, praktykujemy rozwiązania docelowe. Wykorzystaliśmy również stary, powiedzmy, kanał wentylacyjny wyryty z piwnicy na zewnątrz. Najpierw oczyściłam go z rajstop (?!), skarpet, szczotek i resztek badziewia (po osławionych poprzednich właścicielach), a potem puściliśmy w nim rury do wentylacji przyszłego pieca w kotłowni i pomieszczenia pralni. Rozryliśmy ten kanał od góry w salonie, by pociągnąć wspomnianą rurę od kominka. Potem wszystko zasypaliśmy. Zainwestowaliśmy też 300 zł w instalację odkurzacza centralnego, by na każdym piętrze do odkurzenia wystarczyła sama rura. Przynajmniej jest opcja kupna takiego cuda w przyszłości (ceny od 3000 tys. wzwyż).
Równoległą kwestią było zapewnienie izolacji w istniejącym stropie pod przyszłe wylewki. Po analizach internetu i zasięgnięciu języka zdecydowaliśmy się na wysypanie keramzytu i usztywnienia go szlaką. Parę worków grubego keramzytu mieliśmy od teściowej, po jej remoncie. Musieliśmy jednak zamówić drobniejszy, w tzw. "big bagach". Dostawca wywala mega worki pod garażem a my transportujemy keramzyt do domu wiaderkami lub taczką (dziurawą). To było wtedy, gdy pisałam na blogu o trudnieniu się ciężką pracą fizyczną. Przy dzieciakach i życiu codziennym naprawdę nie mieliśmy czasu, by wysypać granulki w całym domu. W jeden ciepły weekenduskrzyknęliśmy rodzinę. Przybyli tłumnie, na miarę słynnych dni, gdy wszyscy robiliśmy porządki i zrywaliśmy boazerię. Jednak słoneczna pogoda pokrzyżowała nasze plany - obietnice ciężkiej pracy zamieniły się w sobotni chill z piwkiem na kocyku w ogrodzie. Polegiwanie, jedzenie, leżenie na leżaczku lub jedzenie. Rozumiecie te klimaty... niewiele wówczas zrobiliśmy. Izolowanie podłóg rozciągnęło się w czasie, jeździliśmy w każdej wolnej chwili - M poziomował keramzyt a ja mieszałam :))) zaprawę. Padaliśmy na twarz i pod koniec załapaliśmy doła. Postanowiliśmy zlecić komuś dokończenie zadania. Zostało nam ok. 45 m2. Gdy już znaleźli się chętni, to krzyknęli 1800 zł (!!!). To wystarczyło, by zmotywować nas do zakończenia prac. W międzyczasie wizytował nas przyszły wykonawca wylewek (polecony przez tynkarza). Wnioski: podłogi krzywe, na górze nie da się położyć deski, kto to budował? Ale uspokoił, że jakoś damy radę. Więc resztkami sił skończyliśmy układać ten nieszczęsny keramzyt. Pozostało czekanie na speca od wod-kan, by ułożył ogrzewanie podłogowe.
P.S. Wiedziałam, że gdy w końcu się wyśpię (co nie nastąpiło dziś, ale wypiłam parę Red Bulli) i napiję się piwka wieczorem, to uda mi się w końcu napisać tego posta.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz