W ferworze postępów w ruderze nie mogę nie napisać o relacjach międzysąsiedzkich, jakie, chcąc nie chcąc zaczęliśmy budować i wciąż budujemy. O sąsiadach mieliście okazję przeczytać w poście o odebraniu kluczy. Na początku zostaliśmy przyjęci, delikatnie mówiąc, chłodno, żeby nie powiedzieć wrogo.
Na nowej dzielnicy jest trochę ludzi młodych, lecz większość okolicznych mieszkańców w zasadzie żyje tam od lat. Nieprzyzwyczajeni do zmian, a na pewno nie tak drastycznych, jak wymiana mieszkańców całej szeregówki. W okolicy jest dużo nieruchomości na sprzedaż, pojawiają się nowi lokatorzy, ale zmienia się to powoli. W każdym razie na początku łypano na nas spod oka, z zaciekawieniem, co za ludkami jesteśmy. Potem okazało się, że sąsiedzi spodziewali się przemalowania ścian, może wyburzenia jakiejś ścianki działowej, wymiany okien i rychłego zamieszkania. Hehe - takie rzeczy to nie z nami! Do nowych ludzi podeszliśmy wedle zasady ograniczonego zaufania.
Pierwszym zatargiem było kucie i wiercenie. Dość długo to trwało, a sąsiadom z obu stron pękała głowa. Nie kuliśmy w niedziele, ale zdarzało się niestety, że czasem fachowiec wiercił aż do godz. 20:00. Jedni (o dziwo ci, którzy mają dzieci) podchodzili w miarę ze zrozumieniem, prosząc by nie kuć w czasie drzemki maluchów. Inni, wręcz przeciwnie, wygrażali przez płot kiedy skończy się ten cholerny remont.
Najgorszą jednak rzeczą było podrzucanie śmieci. Co jakiś czas zamawialiśmy kontener na gruz. Za pierwszym razem znaleźliśmy w nim zamrażarkę. Przeżyłam. Przy kolejnym ktoś położył wielką lodówkę licząc, że wrzucimy ją do środka (?!). Nie zrobiliśmy tego, więc zostaliśmy wyręczeni - dzień później lodówka leżała na gruzie zajmując lwią część wolnego miejsca w kontenerze. Wywalano odpady zielone, mniejszą elektrykę, wszystko, co nie przydawało się w domu. To była prawdziwa zmora, nie ustała, póki stały kontenery. Sąsiedzi za nic mieli moje prośby. Ogródek przed wejściem również traktowano jako wysypisko np. na papiery czy stare dywany. Teraz kontener zapełniamy w ciągu dnia, a przed domem nie trzymamy żadnych śmieci, by nie prowokować. No i znamy się trochę lepiej, więc ludzie nie są aż tak zuchwali. Wyglądało to, jakby wcześniej nie umieli funkcjonować bez naszych kontenerów.
Każda posesja ma swoje kosze na śmieci. Te duże, plastikowe. Nasz został dziwnym trafem podmieniony na pęknięty, rozlatujący się. Ciekawe, że tak rozwalony pojemnik stał wcześniej u sąsiada... Przeżyliśmy. Ale gdy zaczął swoje śmieci wyrzucać do naszego kosza (!) ostro interweniowaliśmy. Pomogło. Innym razem ktoś zapełnił kosz po brzegi opakowaniem po swojej nowej pralce. Wywaliłam na posesję winnego. Wściekł się, ale pomogło. Nie odzywa się do nas do dziś.
Ogród z tyłu domu nie jest ogrodzony. I od początku traktowany był jako plac zabaw dla dzieci z okolicy. Na to mogę przymknąć oko, niech się dzieciaki bawią. Ale nie na syf, jaki tam zostawał: papierki, opakowania po jedzeniu, stare zabawki, krzesła, sztućce, brudne talerze. No kurde, sprzątnąć by wypadało! Problem zniknął, gdy zaczęliśmy częściej bywać na nowych włościach.
Dzisiaj jest o wiele lepiej, choć nie znam powodów, dla których niektórzy zachowują się tak, a nie inaczej. Oni poznali lepiej nas, my ich. I muszę przyznać, że na niektórych sąsiadów naprawdę możemy liczyć. Sąsiedzi przyjdą pomóc mężowi w ciężkiej pracy, zawsze mają miłe słowo. Ostatnio nawet para sąsiadów zajęła się naszym dzieckiem, byśmy mogli popracować. Inny dał nam namiar na fachowca, który okazał się na wagę złota (ten od daszku, Pan Marek). Mimo, że sytuacja nie wyglądała różowo, lepiej być spolegliwym, policzyć w nerwach do 10 niż iść na wojnę. Przecież niedługo wszyscy będziemy tam mieszkać...
Ach i mój najnowszy sukces - przekonałam jednego z sąsiadów, by (celowo lub nie), nie parkował pod naszą furtką, gdyż ma dość miejsca na własnej posesji:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz