środa, 12 listopada 2014

Malowanie w cieple.

Być może nie spektakularnie, ale dzieje się na tyle, że uzbierało się na nowy post. Nie obyło się bez niespodzianek i kombinowania.

Wod-kan zakończył swoją misję w naszym domu. Zamontował kotłownię i wszystkie grzejniki oprócz jednego, w korytarzu, który będzie pod koniec miesiąca. Zaczął rozruch instalacji i... gaz zaczął się ulatniać. Trzeba było na gwałt szukać kogoś, kto wymieni kawałek baaardzo nieszczelnej rury, bo śmierdziało w całej piwnicy. Czujnik gazu wariował. Przesunęło nam to roboty o 2 dni, ale sprawę całkiem sprawnie udało się załatwić. I, na szczęście, nic nie wybuchło. Obecnie cudownie ciepła podłoga pod stopami nie zachęca do wyjścia z domu. Najfajniejsze, że można zrzucić kurtki i swetrzyska i siedzieć wreszcie w komfortowych warunkach. Pozostaje jeszcze rozliczyć się finansowo. To mniej przyjemne.

Muszę zadzwonić do szklarza, bo w tym tygodniu miał przywieźć lustro. Dobrze, że mierzył otwór osobiście, bo okazało się, że ściana jest tak krzywa, że wymiary lustra będą inne u dołu, inne w środku i inne na górze. Krzywo? To dla mnie żadna nowość!

Tynkarz wpadł, zrobił poprawki i wypadł a my musieliśmy zmierzyć się z malowaniem, z którym M. nie poradził sobie podczas urlopu. Malowanie na biało poszło sprawniej, niż mi się wydawało. Ściany zyskiwały z dnia na dzień. Pomogła nam J. - siostra męża. Ja lubię malować - to mnie odpręża. Całkiem sprawnie nam poszło, a nawet było przyjemnie. Dość długo wahaliśmy się z doborem kolorów farb. M. marudził: żadnych pasteli, tylko czarne, ciemne, bleee. Rzucał barwami bez składu jak kulami w paintballu. J. pomogła nam podjąć decyzje. Tradycyjnie, objechaliśmy wszystkie markety z farbami, w których asortyment jest ten sam, nim wreszcie kupiliśmy. Wybraliśmy ciemną szarość (grafit)  na ścianę z witryną, by ona sama stanowiła obraz w ciemnej ramie. Trafiliśmy bezbłędnie. Na reszcie miała być jasna, gołębia szarość. Wyszła czekolada "Milka", wpadająca w fiolet. Fiolet! Kolor ładny, ale zupełnie nam to nie pasuje. Musimy poszukać innego koloru. Pokój maluchów wymalowany jest na słoneczny żółty z jasnym kremem dla równowagi. M. musiał przełknąć te pastele - tam będą przecież mieszkały dzieci! Sam przyznał, że wyszło bardzo ładnie. Reasumując, jest na gotowo, pomijając wymalowanie salonu i jadalni. Na cztery kolory nie trafiliśmy z jednym.

Zamówiliśmy wreszcie kuchnię, Pan zarzeka się, że zdąży do końca miesiąca. Dziś napisał, że wybrany przez nas kolor frontów został wycofany z produkcji. Szczęście jak zwykle :( Musimy zaraz wybrać inny.

Do końca miesiąca zostały trzy weekendy - w najbliższy kończymy malowanie i sprzątamy (mycie okien, podłogi itp.). W przyszły układamy wykładzinę u dzieci - ma przyjechać we wtorek. I, w sumie, można zacząć przenosić meble. Termin końca miesiąca wydaje się tak realny! Zaczynam odczuwać ekscytację.

Pokój dzieciaków nabrał charakteru:




Biała kuchnia czeka na meble:


Pierwszy obraz w naszym domu:


"Dryfujące kry", czyli Milka z alpejskiego mleka nie pasuje tu:



Z cyklu wypadki przy pracy.
Prąd poprzednich właścicieli - jak z filmu grozy, grozi spięciem, trzeba coś z nim zrobić, a nikt nie chce tego dotknąć:

Jak znaleźć igłę w stogu siana, czyli policz ile dziur zrobiliśmy, aż znaleźliśmy puszkę zatynkowaną podczas tynkowania:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz