Nie pamiętam już weekendu, który spędzalibyśmy inaczej, niż na budowie. Nie pamiętam niedzielnych obiadów, bo teraz króluje gyros lub pizza. Nie wiem, kiedy ostatnio spotkałam się ze znajomymi (jakimikolwiek), nie mówiąc o wyjściu na drinka lub imprezce w domku. Nasze dzieci, jak sieroty, całe weekendy spędzają z dziadkami. A jeśli nie jestem na budowie - trwa tydzień i siedzę w pracy.
Tyle tytułem wstępu. Akcentem optymistycznym jest jednak data graniczna 7 grudnia. Do tego czasu muszę wydać mieszkanie przesympatycznym wynajmującym. A chcemy wyrobić się szybciej. I wtedy wszystko musi wrócić do normy, a dzieci odzyskają rodziców. Przyczepka od wujka okazała się hitem miesiąca - jest rewelacyjna! Ile się w niej mieści! Do teraz przewieźliśmy już część rzeczy, uprzątnęliśmy antresolę. Dziś transportowaliśmy kanapę od znajomego, pożyczoną na wieczne nieoddanie zanim dorobimy się własnej. Zajęło to pół dnia i zrujnowało plan. Wyszorowałam schody, podłogi na górze, ułożyliśmy - uwaga - filc w pokoju dzieci, na który jutro kładziemy wykładzinę. Można chodzić w skarpetkach, jest jak w domu. Do tego zrobimy milion innych rzeczy. Co więcej powiedzieć... padam na twarz.
Obecnie Milka została zastąpiona odcieniami błękitu, wygląda to tak:
Absolutny hicior - przyczepka przed pierwszym transportem:
W piwnicy zaległy rzeczy z antresoli. Tu zajmują śmiesznie mało miejsca:
W trakcie rozkładania filcu. Było mnóstwo męczących docinek.
Po robocie:
Szklarz wreszcie się mnie przestraszył i zamontował nam lustro w łazience. Wystarczy zasilikonować:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz