niedziela, 31 sierpnia 2014

Tynki.

Po wykonaniu wszystkich wcześniejszych prac w końcu nadszedł czas by rozglądać się za ekipą tynkarzy. Takiej roboty rudera jeszcze nie widziała! Byłyby to pierwsze prace tak widoczne i zmieniające oblicze domu. Nie mogłam się doczekać by mieć chociaż skończone ściany. Jak to bywa w naszym przypadku, sprawa okazała się cholernie trudna.

Wspomniałam w czerwcowej notce, że ekip rezydowało ze 20. Bez jaj. Pierwszy dylemat to rodzaj tynków: gipsowe czy tradycyjne. Co tynkarz, to opinia. Jedne i drugie mają wady i zalety, zresztą jak wszystko. Nie pomagali nam podjąć decyzji, tylko ją komplikowali. Druga sprawa, czy zrobić najpierw tynki czy posadzki. Ostudzeni doświadczeniem nie chcieliśmy podjąć złej decyzji. Zgodnie ze sztuką najpierw powinny iść tynki. Ale tutaj rzadko co szło po kolei... A odsłonięty strop Kleina straszył żeberkami. Jeden pan nawet powiedział wprost, że on chce równą podłogę, bo na takiej drabiny nie rozstawi, połamie nogi i nie wpuści ekipy. Zapraszaliśmy fachowców z ogłoszenia i zdobytych po znajomości. Ż a d e n nie chciał się podjąć, trzeba było myśleć, robić niestandardowo, z głową. Nie chciało im się. Zważywszy, że to środek sezonu, przebierali w ofertach. Nasłuchałam się tylko, że: w mojej 10-15-20 (niepotrzebne skreślić) letniej karierze nigdy nie spotkałem się z takim beznadziejnym przypadkiem. Raz przyszedł pan z polecenia, wycenił tynki gipsowe na 19 tys., łaskawie schodząc do 17. Plus: mógł wejść natychmiast. Tyle się namyślaliśmy, że znalazł inne zlecenia. Rezydował nas nawet facet, który z optymizmem podszedł do sprawy, on to zrobi zaraz, nie ma problemu, dogadaliśmy się na niewiarygodną cenę 12 tys. Uradowałam się. Sporządził umowę, dał do wglądu... Jednak, nadal ostudzeni doświadczeniem wygooglowaliśmy jego dane. Okazało się, że Pan to rasowy oszust mający na koncie kilka firm, które wychuchały klientów, odsiadkę w pierdlu (!) i inne atrakcje. Nie zniechęciło go to jak widać do dalszej, niejasnej działalności. Przy kolejnym spotkaniu zażyczył sobie nerwowo zadatku na materiały w kwocie 4 tys. zł. Widząc minę męża (a ten potrafi wyglądać groźnie) zszedł do 2 tys., więc M. pogonił go w siną dal. Pamiętajcie: NIGDY nie płaćcie zadatku ż a d n e j ekipie. Porządny fachowiec zresztą nie powinien o to prosić, powinien zakupić materiały z własnej kieszeni i rozliczać się po skończonych etapach prac. 

W końcu wyczerpaliśmy limit  możliwości, tj. obdzwoniliśmy wszystkie ogłoszenia z internetu i wykorzystaliśmy otrzymane kontakty. Nic. Byliśmy w kropce. Wtedy, kupując jakieś pierdoły budowlane, pożaliliśmy się wspomnianemu Panu Markowi z hurtowni na nasz ciężki los. Facet obdzwonił kilka ekip, z którymi współpracował. Postanowił pomóc nam zupełnie bezinteresownie widząc, ile serca wkładamy w pracę. Wiem, bo sam mi to powiedział :) Zadzwonił po kilku dniach z namiarami. Przyszły sympatyczne chłopaki. Na co dzień kładą tynki w XIX w. kamienicach i innych starych obiektach. Można zatem powiedzieć, że są zahartowani w bojach i ekstremalnych przypadkach. Nasz dom ich nie przeraził, choć i nie zachwycił. Wszystko wytłumaczyli, uprzedzili, że w niektórych miejscach trzeba będzie narzucić sporo tynku. Gwarantowali, że złapią kąty proste, choć na super prosto nie ma szans. Przede wszystkim, rzeczowo wskazali zasadność położenia tynku tradycyjnego, który sprawdzi się zwłaszcza przy dzieciach (będzie twardszy niż gipsowy). No i wkrótce mieli wolny termin. Umówiliśmy się, że efekt zrobią jak po położeniu gładzi, czyli na gotowo pod malowanie.

Zajęło im to trochę ponad tydzień, a zmiany były widoczne każdego dnia. Wszystko kosztowało nas około 17 tys., czyli tyle, ile proponował jeden z poprzedników za gipsowe. A tradycyjne są z zasady droższe. Śmiało można powiedzieć, że była to dobra cena. Rzeczywiście, po skończonych pracach dom zmienił się nie do poznania, a my cieszymy się ze słusznej decyzji tynków tradycyjnych. Wytynkowaliśmy parter, piętro, ściany w korytarzu na strych i ścianę w piwnicy, na której będzie stał piec. Ekipa sprawdziła się i z największych nierówności wybrnęła mistrzowsko. Naprawdę, trzeba się wpatrzeć, by zauważyć np. że filary w salonie oraz ściany nie są tej samej grubości i szerokości. 

I jeszcze jedno - po nitce do kłębka. Ta sama ekipa zaproponowała, że zrobi nam elewację z ociepleniem w równie fajnej cenie (z czym czekamy, bo są ważniejsze prace, ale kontakt jest), dali dalsze namiary na taniego i solidnego posadzkarza, a teraz na równie sensownego pana od wykończeń. Uwielbiam ich!

Lifting ruderowa:

Przed:                                                                           Po:














Podczas prac w kuchni:


 Efekt po:



Prace na dole:



 I na górze:


 Gładkie robią się sufity:


Na koniec z serii: co można znaleźć w ścianie? Wydanie "Gazety Robotniczej" z 19.02.1982. Starsze niż ja.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz