środa, 2 lipca 2014

Koniec poszukiwań!

Zupełnie szczerze muszę przyznać, że na początku do całej sprawy podeszliśmy naiwnie. Mieliśmy nie wiadomo jakie wymagania, twarde kryteria a środki nieproporcjonalnie mniejsze. Dołowało, że za odłożoną sumę (+ planowany kredyt) nie możemy dostać tego, czego chcemy. A każdy lubi dostawać to, co chce. Wtedy pojawia się kombinowanie.

Narodził się pomysł kupna działki i budowy domu. Zalety: taniej, szybciej, łatwiej, wnętrze do projektu indywidualnego. Niestety, ceny działek były zawrotne. Właściwie to mamy możliwość postawienia chaty na działce w pięknym miejscu, blisko ziemi, natury ale poza Wrocławiem. A ruszać się z miasta nie chcemy. Dowożenie dzieci do szkół, dojazdy do pracy... koszmar. Wystarczy, że narzekają znajomi, którzy pobudowali się na przedmieściach.

Od momentu wyjściowego do zakupu nasze postrzeganie tego, czego potrzebujemy zmieniało się wielokrotnie. Obniżyliśmy wymagania, przeprosiliśmy się z szeregówkami (bo wąskie i mają schody) i PRL-owskim budownictwem (ja nie chciałam, ale nie wiem czemu).  Po porodzie obejrzałam wspomniane dwie propozycje, które widział mąż. On miał przeczucie, że jedną z nich kupimy bo to jest TO.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu spodobała mi się kostka z lat 70-tych. Remont nie przerażał, pokoje duże, ale... w okolicy brzydko i głośnio od dwóch warsztatów samochodowych, a dzielnica trochę z boku. I wraki aut na ulicy. Druga to szeregówka, w której pierwszą myślą była "psychodeliczna depresja".  Dom porażał brakiem remontu od lat 30-stu. Ale... dzielnica z codzienną atmosferą niedzieli, blisko parki, tereny rekreacyjne, mnóstwo atrakcji dla dzieci, a jednocześnie w centrum. Wcześniej nie braliśmy jej pod uwagę bo, po prostu, nie było nas stać na taką lokalizację. Żadna z tych ofert nie była w "obiegu ogłoszeniowym", druga figurowała tylko w jednym biurze. Pośrednik powiedział, że decyzję powinniśmy podjąć w krótkim czasie, bo są to najlepsze oferty, jakie do nas trafiły. Wtedy rozpoczął się proces dojrzewania. Gdy przyszło co do czego, trochę się wystraszyliśmy. Ale wciąż myśleliśmy... i ponownie zastosowaliśmy znany miernik - zaprosiliśmy rodzinę do szeregówki. Wszyscy byli zachwyceni. Wyglądała strasznie, miała małe pomieszczenia podzielone na 100 części a boazeria dosłownie "wyskakiwała z lodówki". Lecz miała Potencjał. Dodatkowo całkiem spory, jak na miejskie warunki już zadrzewiony ogród oraz garaż. Spełniała wszystkie nasze pierwotne wymagania (oprócz łazienki z oknem). Wsparcie rodziny dodało nam sił, zaczęliśmy dostrzegać zalety: szeregówka to właściwie dom jednorodzinny, remonty nie byłyby zależne od sąsiadów. Jedynym ale, które wymagało sprawdzenia był zawiły stan prawny nieruchomości (w związku z zapożyczeniem się dotychczasowego właściciela). Sprawę udało się wyjaśnić.

Mimo znaków na Niebie i Ziemi nie potrafiliśmy podjąć decyzji. Pamiętam, jak siedzimy na kinderbalu u znajomych i myślimy, myślimy o jednym. I wtedy mnie olśniło, błysk, że musimy to mieć, że jeśli nie kupimy, będziemy żałować. Kazałam mężowi w trakcie przyjęcia zadzwonić do pośrednika, że się decydujemy. A on nam na to, że w szeregówce są właśnie oglądający !!! Krew mnie zalała. Poczułam się jak lew, któremu ktoś zaraz wyszarpie zdobycz. Oglądali to chyba godzinę, a ja umierałam. Na szczęście zaraz po ich wyjściu nowina została przekazana, a nasza propozycja cenowa przyjęta bez zastrzeżeń. Rozpłynęliśmy się ze szczęścia.




Już prawie nasz nowy dom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz