piątek, 25 lipca 2014

Wielkie sprzątanie.

Nie mam, no nie mam czasu na pisanie - od dwóch dni siedzimy z M na budowie trudniąc się ciężką pracą fizyczną. Tynkarze skończyli, a teraz trzeba posprzątać i rozryć posadzkę, by przygotować kanały na rury biegnące w nowej podłodze. To właśnie robiliśmy my - Bo jak nie my to kto? Bo jak nie my to nikt tego lepiej nie zrobi dziś (by Mrozu). Ale, niestety muszę pisać chronologicznie by zachować porządek rzeczy. Mam nadzieję, że do czasu przeprowadzki wyjdę z opowieścią na bieżąco.

Sprzątanie... no tak. Ogarnęła mnie dziwna niemoc, w uszach dźwięczały słowa jednej z sąsiadek obecnej przy odbiorze kluczy: "Nigdy tego nie skończycie, nie ma szans, to totalna ruina". Krzepiące, nie ma co. Dzisiaj widzę, że łatwiej byłoby postawić po obrysie nowy dom od zera niż rzeźbić w rozlatującej się ruderze. To jednak marzenia ściętej głowy.

Z odsieczą przybyła rodzina, bliższa i dalsza: rodzice, rodzeństwo, kuzyni.  Cel to wysprzątanie zawalonego strychu i coś, co mogę nazwać zabawą tylko dla chłopców. Każdy facet chciał w tym wziąć udział. Zabawki: łomy, wiertary, młoty, siła rąk. Wszystko, co sieje zniszczenie. Zadanie: zdarcie boazerii wszelakiej i wyburzanie ścianek. A że była na wszystkim, każdy mógł znaleźć coś dla siebie.  Na parterze znajdowały się: pokój, korytarz, ciemna i wąska kuchnia, duży pokój, WC oraz łazienka. Sporo jak na 50 m2. Wszyscy zabrali się do pracy tak ochoczo, że mąż nie nadążał z delegowaniem zadań. Frajda na całego! Boazeria zeszła w dzień, kolejnego rozwalaliśmy cienkie ścianki działowe uwalniając przestrzeń i wywalaliśmy pawlacze. Wylazły stare rury, po zdjęciu boazerii z sufitu (!) okazało się, że elektryka groziła zapaleniem się w każdym momencie. Wtedy już powoli oblatywał nas strach, ale rodzinka podtrzymywała na duchu. Gdy się dzieje, jest dobrze, zwłaszcza że efekty były natychmiastowe.

Sprzątanie strychu to zadanie dziewczyn. Skontaktowałam się z poprzednimi właścicielami, by sfinansowali podstawienie dwóch kontenerów. W końcu wyrzucamy ich szpargały - dlaczego mielibyśmy za to płacić? Zgodzili się. Było tam wszystko: książki, futra, bielizna, ubranka niemowlęce, zabawki, cegły, dachówki, papa, chemia itd. Zrzucaliśmy z dachu na ogród. W dwa dni wyczyściliśmy do cna, wliczając pozbycie się linoleum. W przerwach - pizza i piwko. Nawet teraz się uśmiecham wspominając tą akcję jako bardzo pozytywne doświadczenie.

Mnie najbardziej podobało się, że wreszcie mogę fizycznie pozbyć się rzeczy, na które nie mogłam patrzeć, np. plastikowa tabliczka z adresem. Wyrwałam ją ze ściany. Mała rzecz, a cieszy. Niestety, nie mam wielu zdjęć z tego okresu bo po drodze zaliczyliśmy awarię dysku twardego. Wrzucę to, co udało się ocalić.

UWAGA FRAGMENT DLA LUDZI O MOCNYCH NERWACH !!!

Nie piszę tego szukając taniej sensacji ani, by wzbudzić niezdrowe wrażenia. Moim celem jest uświadomienie czytających, a kupujących z drugiej ręki, że takie historie się zdarzają a spodziewać się można wszystkiego. Dzielę się przecież własnymi doświadczeniami. Co można znaleźć podczas sprzątania czyjegoś obejścia? Na to na pewno nie wpadniecie! Ludzkie odchody. Kupy, sztuk 3 (w tym jedna zawinięta w firankę). Naprawdę. W piwnicy i garażu. I trzeba to było posprzątać, bo tak zostało. Oszczędzę dalszych szczegółów i komentarzy na temat poprzednich właścicieli. W tym momencie skończyła się moja wyobraźnia, logika, myślenie, wszystko. Właściwie to do dzisiaj uważam ten fakt za tak abstrakcyjny jak niesamowity.

Porządki po poprzednich właścicielach. Wyrzucone przed dom, następnie pakowane do kontenera.




Sprzątaliśmy do nocy:



Posprzątany strych:


Oryginalna klatka schodowa na piętro przed i po oderwaniu boazerii:


Fragment na piętrze. Po pozbyciu się pawlaczy i boazerii ukazały się takie oto ściany:







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz