Szybciutko o małym przyjęciu, które zasługuje na osobny post. Gdy w końcu odebraliśmy klucze (o tym w innym wpisie), postanowiliśmy uczcić tą uroczystą chwilę. Czy pisałam już, że decyzja o zakupie domu była najtrudniejszą w moim życiu? Trudniejszą, niż decyzja o posiadaniu dzieci? Napiszę o tym później. Ciężki kaliber wytoczyłam, a przecież jestem na wakacjach.Ale właśnie pada deszcz i jest chłodno.
Przyjątko przebiegło w super atmosferze. Odbieraliśmy gratulacje, rodzina wspierała i roztaczała wizje, jak będzie pięknie, gdy już skończymy. A ja pękałam z dumy. O taaak, że tego dokonaliśmy sami, znaleźliśmy i kupiliśmy. Znajomi, którzy budowali domy zazdrościli nam mieszkania do remontu.A ci, którzy mieli remonty za sobą dyplomatycznie milczeli. Moje nastawienie było typowo zadaniowe: wszyscy narzekają na remonty, u nas będzie inaczej. Dobrze się zorganizujemy, wyliczymy kasę, a wszystko odbędzie się bezboleśnie. Po drugim kieliszku szampana radośnie rozgłosiłam, że ja się wprowadzam w maju 2014 r. Hello, czy teraz jest lipiec? Kojarzycie Danusię z "Krzyżaków"? Lub Zosię z "Dziadów", jak kto woli z piosenki Kultu?
"Na głowie kwietny ma wianek
W ręku zielony badylek
A przed nią bieży baranek
A nad nią lata motylek"
Trafny opis. To z pewnością byłam ja na początku drogi remontowej. Niewinna i żyjąca w świecie ułudy pastereczka.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz