My tu gadu, gadu, a życie nie zwalnia. W całościowej perspektywie dnia codziennego, remont generalny jest jedynie punktem w tłoku miliona rzeczy, które trzeba wykonać. Niewątpliwie jest to duże przeżycie, a u nas dodatkowo zbiegło się z narodzinami drugiego dziecka. Nie muszę pisać, jak nowy członek rodziny wpływa na zmianę stylu życia, relacji międzyludzkich, a co dopiero, jeśli jest drugi. Oprócz notorycznego braku czasu na wszystko trzeba zmagać się z zazdrością starszego rodzeństwa. I innymi, pomniejszymi problemami. A doba ma tylko 24 godziny.
Na budowie nawarstwiały się problemy. Niechętnie wracam do tego okresu, bo robi mi się słabo na samą myśl. Ale jeśli mam pisać uczciwie, nie mogę go pominąć. Cały zimowo - pluchowy okres, czyli od lutego do końca kwietnia (z małymi przerwami) czułam się beznadziejnie. Co tu dużo mówić - dopadł mnie mega wielki, poważny kryzys. I załamanie nerwowe. Z całą mocą do podświadomości dotarł ogrom przedsięwzięcia, jakie wzięliśmy na swoje barki. Nasz brak doświadczenia i parę błędnych decyzji zaowocował długimi przestojami na budowie. Szukałam fachowców, lecz prace nie przyspieszały. Emocje opadły, rodzinka coraz rzadziej pytała: "Co na budowie?", bo tygodniami nic się nie działo. Znaleźliśmy wykonawcę przyłączy wodno-kanalizacyjnych, który stwierdził, że jeśli chcemy pogłębiać piwnicę (przypominam - 1,60 wysokości) to koniecznie teraz, bo on tam kładzie rury, więc dodatkowo podniesie poziom. Jeśli zrobimy to w przyszłości, trzeba będzie ryć w nowych instalacjach i kłaść je drugi raz. Kolejne zaskoczenie i kolejne koszty. To był gwóźdź do trumny. A ponieważ nie jestem Umą Thurman z "Kill Bill", nie potrafię się sama z tej trumny wydostać i wolę w niej skonać. Przestałam lubić jeździć na budowę. Gdy tylko przekraczałam próg rudery, zaczynałam czuć się fizycznie źle. Za nic w świecie nie chciałam być tam sama, jak już, to z mężem albo kimś z rodziny. Więc jeśli już jechałam, zabierałam dzieci na tamtejszy plac zabaw lub siedziałam w ogródku. Myślę, że to taki mechanizm obronny mi się włączył, by chronić przed tym, co mnie przerasta. Pojawiła się bezsenność i gonitwa myśli przed zaśnięciem: Co my zrobiliśmy? Dotarła powaga decyzji, zobowiązania kredytowe, przerażenie, że nie damy rady i padniemy. No i stres. Permanentny. Tygodniami bolał mnie brzuch. Sięgnęłam nawet po ziołowe środki uspokajające, by jakoś oszukać stan ciągłego otępienia. A do budowy dochodziło zwykłe życie, sprzątanie mieszkania, dzieci, czas wolny itd. Uratowało mnie tylko to, że byłam na urlopie macierzyńskim. Tylko dlatego jakoś ogarniałam priorytety. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybyśmy oboje pracowali. Stres dopadł też męża. Zaczęliśmy się kłócić i nie było fajnie. Znów wzajemne pretensje o odmienne podejście do kwestii budowy. Obopólna demotywacja. Oskarżenia o brak wsparcia (to do mnie) i nerwowość oraz rozmemłanie (to do męża). Czarne myśli, że nie przetrwamy.
Co w tym czasie się działo, pisałam post wcześniej. Ilość gruzu rosła, pieniądze topniały. Nie zostawiliśmy niemal nic prócz ścian zewnętrznych. Z braku czasu kulał nadzór nad wykonawcami, zaczęły ginąć drobne narzędzia i kolejne czajniki. Z dodatkowych prac do zaplanowania doszło pogłębianie piwnicy oraz kucie kafli ze ścian i podłogi. Udając się na wewnętrzną emigrację, olałam sprawę zupełnie pozostawiając ją na głowie M. Pomagałam tylko w poszukiwaniu ludzi. Potrzebowałam czegoś się chwycić, czegoś, co zmieni wygląd rudery i sprawi, że ktoś wreszcie będzie na niej pracował. Skupiłam się na szukaniu okien, sprawie dość odległej. Bo miałam na nie fajny, całkiem własny pomysł. Bo wtedy nie musiałam myśleć o bieżącym syfie.
By oddać dramatyzm sytuacji - piwnica w oryginalnym stanie:
Stopniowe skuwanie wyglądało żałośnie:
Co w tym czasie się działo, pisałam post wcześniej. Ilość gruzu rosła, pieniądze topniały. Nie zostawiliśmy niemal nic prócz ścian zewnętrznych. Z braku czasu kulał nadzór nad wykonawcami, zaczęły ginąć drobne narzędzia i kolejne czajniki. Z dodatkowych prac do zaplanowania doszło pogłębianie piwnicy oraz kucie kafli ze ścian i podłogi. Udając się na wewnętrzną emigrację, olałam sprawę zupełnie pozostawiając ją na głowie M. Pomagałam tylko w poszukiwaniu ludzi. Potrzebowałam czegoś się chwycić, czegoś, co zmieni wygląd rudery i sprawi, że ktoś wreszcie będzie na niej pracował. Skupiłam się na szukaniu okien, sprawie dość odległej. Bo miałam na nie fajny, całkiem własny pomysł. Bo wtedy nie musiałam myśleć o bieżącym syfie.
By oddać dramatyzm sytuacji - piwnica w oryginalnym stanie:
Stopniowe skuwanie wyglądało żałośnie:




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz