wtorek, 26 sierpnia 2014

Odpuść, a zrobi się samo.

Po wskrzeszeniu elektryki poczułam się nieśmiertelna. Jak Stallone, któremu urwą rękę, nogę, albo nawet obie, a on i tak idzie do przodu. Skoro poradziliśmy sobie z takim wrzodem, poradzimy sobie z każdym innym. Zgodnie z nową filozofią, zaczęłam szukać rozwiązań wierząc, że to właściwe samo nas znajdzie w swoim czasie. 

Dość solidnie głowiliśmy się nad zsypem na pranie. Naszym absolutnym must have. To arcypraktyczne rozwiązanie uwalniałoby nas od wielokrotnego biegania po kondygnacjach i zbierania brudnych rzeczy. Wystarczy zainstalować ten oto zsyp z wrzutem na każdym poziomie i wyrzutem w pralni. Wierzę, że wtedy znikną nawet skarpetki z salonu. Po analizie różnych opcji doszliśmy do wniosku, że rury powinny być stalowe - są trwałe, bezpiecznie i eliminują elektryzowanie. W internecie można znaleźć parę firm wykonujących zsypy na zamówienie, choć wciąż są mało popularne i umieszczanie w kategorii "nowości". Poprosiłam o dwie wyceny i dostałam: koszt całości to przedział 3000 - 4500 zł. W życiu tyle nie zapłacimy! Podpytaliśmy znajomych architektów i dostaliśmy namiar na firemkę z Wrocławia, która skrawa z blachy różne kształty na specjalne zamówienie klientów. Gdy ich odwiedziliśmy, przeniosłam się w czasie do okresu PRL-u. W tamtej hali produkcyjnej czas stanął w miejscu. Wysłuchali, poprosili o wyliczenie długości odcinków i... wykonali zsyp w tydzień za... 800 zł! Do samodzielnego montażu, z którym poradziłby sobie nawet niemowlak. To jest interes. Jest tak śliczny, że najchętniej bym go nie zabudowywała. I budzi respekt wśród odwiedzających. Szkoda, że docelowo przykryje go płyta g-k, bo w lofcie czy innym mocno industrialnym miejscu stanowiłby fajną ozdobę:

Po kolei: wsad na parterze, na piętrze, na strychu:




Sen z powiek wciąż spędzał przeciekający dach z papy nad pokojem dzieci. Nie mogliśmy znaleźć żadnego wykonawcy. To za mała robota by pieszczoszki - fachowcy raczyli się za nią zabrać. Tu akurat pomógł sąsiad prowadzący własny biznes, z którym zupełnie przypadkiem prowadziliśmy kurtuazyjną rozmowę przy furtce. Dał nam namiary na właściciela firmy budowlanej, do którego zadzwoniliśmy. Pan Marek okazał się przemiłym, kompetentnym człowiekiem z sercem na dłoni. A do tego ma siedzibę 2 ulice od nas. Przyszedł, obejrzał, przyznał (jak każdy), że to syf i rudera, ale zrobić trzeba. Wycenił daszek z papy na ani dużo ani mało. Zdecydowaliśmy się na tańszą wersję, wyjścia nie mieliśmy, zrobić trzeba. Przyszła sprawna ekipa, raz dwa położyli nowy daszek. I wcale, nic a nic nie narzekali.



Przy okazji, dogadaliśmy się jeszcze, że jego ludzie wyrównają dziurawe ściany. Oczywiście nie na gładko, ale załatali największe dziurska, odbudowali ścianę przy oknie w kuchni, wstawili betonową belę nad małe okienko. W krótkim czasie załatwili to, o co martwiliśmy się tygodniami. Fakt, nie kosztowało to super tanio, ale przynajmniej, gdy zaczęliśmy płacić, robota szła do przodu. A to jest najważniejsze. Lepiej dać więcej porządnej ekipie niż, jak my na początku, ciułać na robotników a drugie tyle wydać potem na poprawki.







Pan Marek pomógł nam jeszcze później, wciąż mamy z nim kontakt co daje niesamowity komfort, że zawsze mamy kogoś, kto nam na budowie pomoże. Bo biorąc osobne ekipy przekonałam się o jednym. Oni są jak lekarze: każdy patrzy na swój wycinek prac. Reszta ich nie interesuje. Starają się nie narobić, wymigać od dodatkowych, czasem żmudnych prac, byle szybciej skończyć. A właściciel musi nad tym zapanować i spiąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz