poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Elektryka. Ostatnie starcie.

Zaczynam tego posta bez pomysłu. Nie wiem, jak zebrać te różnorodne rzeczy, które potem działy się w ruderze. Potem, czyli po definitywnej zmianie mojego podejścia do tematu remontu. Przede wszystkim zauważył to Mąż. Chyba trochę go zaniepokoiło, że nie dopytuję, nie ponaglam i z chłodną rezerwą podchodzę do dyskusji na temat dalszych planów.

Myślę, że odczytał moje intencje jako totalną obojętność wobec tego, co dzieje się na budowie. Tak oczywiście nie było, ale dla facetów wszystko jest albo białe albo czarne. Choć fakt, że swoje nastawienie zmieniłam zupełnie w ciągu kilku dni. Postanowiłam zabawić się w szpiega i czysto metodycznie podejść do kolejnych wyzwań.

Najpierw na pewno powstała ścianka działowa na I piętrze, dzieląc pokój na gabinecik i łazienkę. Tak nam się spodobało, że kupiliśmy resztę płyt g-k do postawienia reszty ścianek. Porządni fachowcy, na jakich wkrótce trafiliśmy uświadomili nas, że resztę ścian najlepiej stawiać przy wykończeniówce. Tak więc płyty zawadzały i zaczynały się wyginać. My, Państwo Najmądrzejsi, wynieśliśmy je na taras, otuliliśmy szczelnie folią licząc na to, że na sucho doczekają dnia, gdy będą przydatne. Tak leżą do dziś. I nadal mam nadzieję, że będą zdatne do użytku, inaczej będziemy stratni ponad 1 000 zł. :(

Wszystko inne stopowała nieszczęsna elektryka. By dalej budować, nie dało się jej dłużej ignorować. Nie było innej rady jak ponownie zatrudnić fachowca i po prostu zrobić jeszcze raz. Znalezienie elektryków nie było trudne, z ogłoszeń udało się wyłuskać kilka obiecujących kontaktów. Co się jednak nasłuchaliśmy podczas pierwszej wizyty to nasze. Pisałam już na ten temat. Narzekania i marudzenia "Kto wam to kładł? Tak się nie robi. Jak to teraz wszystko naprawić? Oczywiście wiedzieli, że nie mamy wyjścia, więc windowali cenę do góry, co nas przerażało. Ostatecznie, udało się dogadać z jednym chłopakiem, że przyjdzie i zrobi. Jednak w międzyczasie pojawił się chytry plan, by skontaktować się z szefem ekipy, która robiła u nas poprzednio (ci z Zielonej Góry). Chłopak nie tylko zgodził się zrobić to sam, ale za cenę zupełnie do przyjęcia. Poza tym naprawiał już u nas po swoich kolegach, więc doskonale orientował się, gdzie co jest. Co prawda z trzech planowanych dni zrobiły się dwa tygodnie, bo miał jakieś tam problemy, udało mu się jednak doprowadzić wszystko do przyzwoitego końca. Kable były powpinane, wszystko podłączone i ponaprawiane. Cud - miód - orzeszki. Hurra.

Dobrze, że nasz elektryk lubi wyzwania:


Kable znalazły swoje miejsce, od piwnicy: 



Przez parter:



Kuchnię, gdzie w końcu uporządkował przyłącza:


Po piętro:


W tym samym czasie finał znalazła kwestia wypięcia się z dotychczasowej sieci elektrycznej dzielonej z sąsiadami i ustanowienia własnej, niezależnej energii. Do Tauronu z papierami o wpięcie do przyłącza biegaliśmy od grudnia, trochę się dłużyło. Wiadomo, jak to jest w urzędach. Po wpłacie astronomicznej sumy (do dziś nie wiem, czemu nas to tyle kosztowało) przyjechał pan, położył kable i postawił nam zupełnie nową własną szafkę elektryczną. Na niektóre koszty po prostu nie ma siły, lecz korzyści są niezaprzeczalne. Nasza szafka do dziś budzi zazdrość w okolicy, bo każdy chciałby być niezależny. Zobrazuję to w ten sposób: do tej pory, gdyby strzeliły korki lub wysiadł prąd, główne zasilanie jest u sąsiadów. Trzeba do nich iść i w piwnicy przełączyć włączniki. A prąd siadał często. A co, jeśli sąsiada nie ma? Albo jest na wakacjach? Albo po prostu nie chce nas wpuścić do siebie? Wtedy klops, pozostają świece. Paranoja, normalnie.

Walki o szafkę. Powpinanie kabelków w środku oraz rozrycie ogródka i chodnika:







Tak więc pod koniec maja, na początku czerwca wyszło na jaw, że strach ma wielkie oczy. Koszmarek pt. elektryka został spacyfikowany. Był to jeden z poważniejszych problemów, jakie w końcu udało się rozwiązać nie generując astronomicznych kosztów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz