Minęło wiele czasu, a stan rudery nie poprawiał się. Opisuję główne prace, ale było jeszcze wiele mniejszych, które powodowały kłopoty. Naprawa przeciekającego daszka z papy - co deszcz zalewał pokój dzieci, wykonanie i zamontowanie zsypu na pranie, krzywe dziurawe ściany, wiszące kable po spieprzonej elektryce itd. To wszystko ktoś musiał zrobić. Nadchodził maj...
Mój stan psychiczny był marny. Zrozumiałam, że nie tędy droga. Musiałam się ogarnąć, w końcu jestem silną babką. Ratować swoje samopoczucie, odnaleźć radość życia, zmienić podejście nim zwariuję i po prostu się wykończę. Naprawdę, przepłakałam tyle czasu i nadenerwowałam się, że dotarłam do kresu. Miałam dosyć kłótni (coraz częściej używam w postach tego słowa). I po co?
Wiedziałam, że podjęcie wyzwania budowy obniży komfort życia na wszystkich płaszczyznach. Trudno, jestem z tym pogodzona. Ale to ja będę zarządzać tą budową a nie ona moim życiem. I będę starała się wpłynąć na to, na co mam wpływ. Zaczęłam od analizy tego, co mnie dręczy i postawienia pozytywnego kontrargumentu obawom:
1. Pieniądze stopniały bardziej, niż planowaliśmy. OK, ale cudowna rodzinka pospieszyła z pomocą finansową. I, naprawdę, pomogli nam znacznie, a przecież nie musieli. Więc zawsze o te darowane pieniądze jesteśmy do przodu. Póki mamy, robimy, skończą się, zobaczymy ile zrobiliśmy.
2. Nie widzę postępów, a jedynie zniszczenie. To błędne koło. OK, spierdoliliśmy elektrykę, ale sama się nie naprawi. A okna, drzwi, piwnica? Można! Ciesz się z tego, co widać kobieto!
3. Nigdy tego nie skończymy. Pozbądźmy się tego. OK, narzekaniem na pewno nie. Trzeba wszystko rozpisać i zabrać się do roboty z głową. Metoda małych kroków. Poza tym, powoli bo powoli, ale jednak idzie do przodu. I Olka, dobrze wiesz, że nie chcesz tego sprzedać, więc nie picuj.
4. A jeśli skończymy to i tak się rozwiodę. OK, to czyste dywagacje. Najpierw skończcie, a potem się zastanówcie, co dalej. Jak będzie nowy dom, nie warto się rozwodzić :)
5. Za parę miesięcy nie będzie nas stać na spłatę kredytu bez wynajęcia mieszkania, w którym mieszkamy. OK, może się tak zdarzyć, no i co? Przecież nie wylądujemy na ulicy! Najwyżej się wyprowadzimy i zamieszkamy u moich rodziców. To jedna z opcji. Do czasu wprowadzenia do rudery.
6. "Bo jak Ty zapłacisz fachowcowi to uznajesz, że jest zrobione! A wcale nie jest!" To cytat z ust mojego Męża. Po uczciwym przemyśleniu muszę przyznać, że tak właśnie robiłam. Jakbym płacąc zaklinała rzeczywistość. Więc robili byle jak a potem wcale. OK, od teraz niech on się tym zajmuje i płaci, kiedy uzna za stosowne.
Gdy powyższe sobie uświadomiłam, ból brzucha zaczął ustępować. Dotarło, że moje nerwy w niczym nie pomogą, wręcz przeciwnie. Jesteśmy zdrowi, mamy fajne dzieci, pracę, komornik nam nie grozi, noc pod mostem też nie. Więc co mamy do stracenia? Tylko czas. Czas do ukończenia remontu, może rok lub parę miesięcy więcej. To nie jest straszna cena. Ochłonęłam. Chirurgicznym cięciem odcięłam wszystko to, co mnie dręczyło. Efektem była zupełna zmiana podejścia do rzeczy. Nie będę już naciskać męża (lub zrobię to subtelniej :), nie będę się spieszyć. Zrobi się, to się zrobi, nie to nie. Nie będę na siłę szukać wykonawców. Będę ostoją spokoju traktując temat jak rozrywkę. I wiecie co? Pomogło! Nie sądziłam, że aż tak.
Na początku przygody z optymizmem patrzyliśmy w przyszłość:
Mój stan psychiczny był marny. Zrozumiałam, że nie tędy droga. Musiałam się ogarnąć, w końcu jestem silną babką. Ratować swoje samopoczucie, odnaleźć radość życia, zmienić podejście nim zwariuję i po prostu się wykończę. Naprawdę, przepłakałam tyle czasu i nadenerwowałam się, że dotarłam do kresu. Miałam dosyć kłótni (coraz częściej używam w postach tego słowa). I po co?
Wiedziałam, że podjęcie wyzwania budowy obniży komfort życia na wszystkich płaszczyznach. Trudno, jestem z tym pogodzona. Ale to ja będę zarządzać tą budową a nie ona moim życiem. I będę starała się wpłynąć na to, na co mam wpływ. Zaczęłam od analizy tego, co mnie dręczy i postawienia pozytywnego kontrargumentu obawom:
1. Pieniądze stopniały bardziej, niż planowaliśmy. OK, ale cudowna rodzinka pospieszyła z pomocą finansową. I, naprawdę, pomogli nam znacznie, a przecież nie musieli. Więc zawsze o te darowane pieniądze jesteśmy do przodu. Póki mamy, robimy, skończą się, zobaczymy ile zrobiliśmy.
2. Nie widzę postępów, a jedynie zniszczenie. To błędne koło. OK, spierdoliliśmy elektrykę, ale sama się nie naprawi. A okna, drzwi, piwnica? Można! Ciesz się z tego, co widać kobieto!
3. Nigdy tego nie skończymy. Pozbądźmy się tego. OK, narzekaniem na pewno nie. Trzeba wszystko rozpisać i zabrać się do roboty z głową. Metoda małych kroków. Poza tym, powoli bo powoli, ale jednak idzie do przodu. I Olka, dobrze wiesz, że nie chcesz tego sprzedać, więc nie picuj.
4. A jeśli skończymy to i tak się rozwiodę. OK, to czyste dywagacje. Najpierw skończcie, a potem się zastanówcie, co dalej. Jak będzie nowy dom, nie warto się rozwodzić :)
5. Za parę miesięcy nie będzie nas stać na spłatę kredytu bez wynajęcia mieszkania, w którym mieszkamy. OK, może się tak zdarzyć, no i co? Przecież nie wylądujemy na ulicy! Najwyżej się wyprowadzimy i zamieszkamy u moich rodziców. To jedna z opcji. Do czasu wprowadzenia do rudery.
6. "Bo jak Ty zapłacisz fachowcowi to uznajesz, że jest zrobione! A wcale nie jest!" To cytat z ust mojego Męża. Po uczciwym przemyśleniu muszę przyznać, że tak właśnie robiłam. Jakbym płacąc zaklinała rzeczywistość. Więc robili byle jak a potem wcale. OK, od teraz niech on się tym zajmuje i płaci, kiedy uzna za stosowne.
Gdy powyższe sobie uświadomiłam, ból brzucha zaczął ustępować. Dotarło, że moje nerwy w niczym nie pomogą, wręcz przeciwnie. Jesteśmy zdrowi, mamy fajne dzieci, pracę, komornik nam nie grozi, noc pod mostem też nie. Więc co mamy do stracenia? Tylko czas. Czas do ukończenia remontu, może rok lub parę miesięcy więcej. To nie jest straszna cena. Ochłonęłam. Chirurgicznym cięciem odcięłam wszystko to, co mnie dręczyło. Efektem była zupełna zmiana podejścia do rzeczy. Nie będę już naciskać męża (lub zrobię to subtelniej :), nie będę się spieszyć. Zrobi się, to się zrobi, nie to nie. Nie będę na siłę szukać wykonawców. Będę ostoją spokoju traktując temat jak rozrywkę. I wiecie co? Pomogło! Nie sądziłam, że aż tak.
Ludzie, dom to frajda! Trzeba o tym pamiętać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz